Steve Hackett (1999) – Darktown

„Oddycha miasto ciemne długimi wiekami,
spowiada miasto ciemne dawnych grobów żałość;
rozrąbane żelazem, utulone snami,
nie nasycone płaczem, nie spełnione chwałą.”
Krzysztof Kamil Baczyński, Oddycha miasto…, 1943

Hackett_Darktown_coverSłuchając ostatniej płyty Hacketta wydanej w XX wielu, nie przekroczymy granic znanej krainy dźwięków, ale atmosfera ją wypełniająca jest znacznie gęściejsza, krajobraz – przeważnie zamglony, a brzmienie – bardziej masywne. Nie po raz pierwszy w swojej karierze solowej Steve Hackett podjął wyzwanie zmierzenia się z nieco innymi stylami gry i wkroczenia na nowe terytoria. Niewątpliwie nie można pozostać obojętnym i nie docenić kreatywności oraz innowacyjności, które jednak na szczęście nie spowodowały stworzenia całkiem nowej stylistyki, były natomiast impulsem do niewielkiego zejścia z dotychczasowego kursu z zachowaniem klasycznego brzmienia. Dzięki temu z czystym sumieniem mogę umieścić ten album razem z kilkoma innymi (m.in. To Watch The Storms i Beyond The Shrouded Horizon nagranymi już w XXI wieku) tuż za jego największymi dziełami z lat 70‑tych: solowym debiutem Voyage Of The Acolyte (1975) i dojrzałym Spectral Mornings (1979), którymi Steve postawił sobie bardzo wysoko poprzeczkę na wiele lat. W 1999 roku ‚lista płac’ nie zwaliła nikogo z nóg, bo próżno na niej szukać takiego zagęszczenia muzycznych brylantów jak na pierwszych dwóch płytach (Mike Rutherford i Phil Collins oraz wokaliści Steve Walsh, Richie Havens i Randy Crawford) czy też obu Genesis Revisited (m.in. Bill Bruford, Tony Levin, Paul Carrack, Nik Kershaw, Roine Stolt, Steve Rothery, Neal Morse, Steven Wilson). Pojedyncze diamenty okazały się w zupełności wystarczające do przyozdobienia kilku wybranych utworów Darktown. Twórczy wkład Iana McDonalda szalejącego na saksofonie w Darktown, Johna Wettona odpowiedzialnego za wyborne sample basu w In Memoriam czy śpiewającego w Days Of Long Ago Jima Diamonda (autora i wykonawcy I Should Have Known Better, który w połowie lat 80-tych był hitem w Wielkiej Brytanii) jest niezaprzeczalny, ale jednak tylko ułamkowy z punktu widzenia całości, co gwarantuje, że nie odnosi się wrażenia nachalnego wciskania fanom kolejnej supergrupy pod płaszczykiem solowego albumu.

Z pełną świadomością zignoruję tradycję omawiania wybranych utworów, ponieważ każdemu z nich Hackett poświęcił osobisty komentarz i nie należy nikomu sugerować interpretacji słów Mistrza (zarówno w kontekście tekstów piosenek, jak i ‚kawałków’ instrumentalnych). Warto się z nimi zapoznać, tym bardziej, że opisy są miejscami dość humorystyczne, dość wspomnieć umieszczenie informacji, czyich aut wycieraczki słyszymy w Dreaming with Open Eyes albo uczynienie Rogera Kinga (klawiszowca i inżyniera dźwięku) odpowiedzialnym za „zrabowanie melotronu” czy „uprowadzenie chóru” podczas nagrywania złowieszczo instrumentalnego Darktown Riot. Jednocześnie nie będzie odkrywcze, jeśli i ja po raz kolejny (a spotkałem się z tym już wielokrotnie) stwierdzę, że In Memoriam to takie Epitaph lat 90-tych. Rzeczywiście można się tam nawet doszukać kilku naprawdę bardzo subtelnych cytatów z King Crimson, podobnie jak w Rise Again słychać stare dobre Genesis. Zresztą malkontenci gremialnie wytykają tej płycie bardzo różne zapożyczenia (oprócz gigantów art-rocka również wskazywani byli Carlos Santana, David Gilmour, Brian May, a nawet Mark Knopfler – sic!), które w efekcie rzekomo przyczyniły się do ponoć dostrzegalnego braku spójności. Jednak różnorodność stylistyczna na Darktown absolutnie nie razi, ponieważ mieszanka różnych stylów gry na gitarze oraz wszelakich urozmaiceń instrumentalnych (cytując opisy z książeczki: lacerated guitar, ambient harmonica, thumb piano, rainstick, woodwind, windscreen wipers, droning voice) została po mistrzowsku dopasowana do całokształtu płyty. Zdecydowanie jest to efekt dominującej nad całą resztą niebywale inspirującej instrumentalizacji. Album brzmi świeżo, choć zdecydowanie jest najbardziej mrocznym tworem Hacketta, począwszy od szatańskiego Omega Metalicus, a skończywszy na żałobnym In Memoriam (pomijając trzy niespecjalnie interesujące bonusy dodane do zremasterowanej wersji wydanej na początku 2013 roku). Spora dawka mroku i melancholii jest zrównoważona kilkoma akustycznymi balladami, które z jednej strony swoją łagodnością łamią ponury nastrój, a z drugiej znacząco poszerzają aurę tajemniczości. Kunsztowne, a jednocześnie miejscami skromne, kompozycje kryją w sobie wielkie bogactwo nie tylko gitarowych akordów, ale i innych doskonale brzmiących instrumentalizacji. Sam Hackett całkiem nieźle poradził sobie również w roli wokalisty, choć w kilku przypadkach mowa raczej o narracji czy też melorecytacji niż typowym lead vocal. Gdyby jednak doszukiwać się słabych punktów płyty, to sporo do życzenia pozostawia perkusja, która, z wyjątkiem Rise Again, jest niestety programowana i czasem brzmi nieco sztucznie, a niekiedy nawet wywołuje wrażenie jak byśmy słuchali remiksów zamiast oryginalnych utworów. Poza tym, urzekająca oldskulowa piosenka Days of Long Ago, wyróżniająca się nomen omen diamentowym wokalem (tak Steve określał Diamonda), jest zdecydowanie niedopasowana do reszty albumu do tego stopnia, że tylko jej opis pozwala stwierdzić współautorstwo Hacketta.

Monochromatyczne zdjęcia grobów i korzeni drzew na okładce, momentami złowrogie melodie z imponującym basem, niski, czasem niemal gotycki, wokal, do tego marszowe fragmenty i łagodne nastrojowe chóry – abstrahując od wątków poruszonych w niektórych tekstach, tak mogłaby być brzmieć muzyka do jednego z zaskakujących konceptualnie filmów Christophera Nolana (w rodzaju Memento, Bezsenności czy Incepcji). Mam wrażenie, że Steve trochę nabrał słuchaczy, tworząc album, który tylko wydaje się nierówny. Jednak są to zdumiewające pozory, które łatwo mogą zwieść, dopóki nie przetrawi się tej płyty wielokrotnie i nie zauważy, że intencjonalnie jest po prostu pełna sprzeczności. Przecież w Jane Austen’s Door sam Steve zastanawia się „Some doors open, some doors closed, do opposites still seem close”? Z pewnością za fasadą eklektyzmu kryją się niewesołe osobiste wyznania Steve’a, mimo to ewidentnie czuć między wierszami szczyptę optymizmu. I to właśnie stanowi niezaprzeczalną moc tego albumu, którą tak naprawdę odkrywa się dopiero z perspektywy czasu. Od pierwszego odtworzenia czuć czystą melancholię i emocjonalny niepokój, przez które jednak przebijają się misternie ukryte radosne nutki bądź wplecione pogodne sformułowania – trzeba tylko uważnie wsłuchać się w zabawnie ożywczy rytm industrialno-jazz-rockowego Omega Metallicus, sielankową atmosferę Man Overboard, zniewalającą instrumentację w The Golden Age of Steam, genialny saksofon w lekko ‚królewsko purpurowym’ Darktown, natchniony artyzm nieśpiesznego Twice Around the Sun czy też uwierzyć w reinkarnację przedstawioną w Rise Again, przyjąć życzenia z ironicznego tekstu Jane Austen’s Door albo wyobrazić sobie podróż autem, która jest okazją do spojrzenia na świat przez różowe smooth-jazzowe okulary (Dreaming with Open Eyes).

Żeby zajrzeć do Darktown, trzeba dojrzeć. Lecz żeby dojrzeć do Darktown, nie można tam tylko zajrzeć. Osobiście nie chciałbym mieszkać w Mrocznym mieście Hacketta, ale wciąż będę je chętnie odwiedzał.

Marek J. Śmietański

Advertisements

Jedna myśl nt. „Steve Hackett (1999) – Darktown”

Dodaj komentarz / Add comment

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s