Felietono – relacja z Krakowa z suplementem czyli „Jak dumnie być Polakiem”

Tekst ten na początku miał być relacją z jednego ze wspaniałych koncertów, na którym miałem szczęście być w pierwszy pełny weekend listopada w Krakowie lecz wiele myśli nagromadziło się i skumulowało, którymi chciałem się podzielić poniżej. Proszę się nie obawiać. Nie będzie to nacjonalistyczny pean a raczej przypadkowe nawiązanie do naszego narodowego święta, które po raz 97 mogliśmy niedawno obchodzić.

Wiele się zdarzyło przed wyjazdem do Krakowa bo mogło mnie tam wcale nie być. Do tego jeszcze wszędobylski smog, którego nie był w stanie rozgonić sam smok wawelski swoimi skrzydłami. Lecz przebrnęliśmy przez wszystkie przeciwności z moim walecznym Hyundai’em i dotarliśmy do naszej dawnej stolicy.

IMG_3054

Pierwszym z wydarzeń, na którym miałem przyjemność się pojawić był koncert zespołu Millenium. Dodatkowym smaczkiem było to, iż cały występ był rejestrowany na potrzeby drugiego w karierze zespołu wydawnictwa DVD. Jednocześnie jak zapowiada Ryszard Kramarski krakowski występ ma zostać wydany na Blu-Ray co nie jest jeszcze częstym zabiegiem w przypadku rodzimych zespołów. Nie ma co ukrywać, że wieczór z Millenium był magiczny i to w każdym, najdrobniejszym szczególe. Można powiedzieć więcej, że to był maraton bo 3 godziny z minutami to był naprawdę duży wysiłek dla wszystkich występujących a dla nas słuchających przeleciało to jak sprint, podczas którego jest bity rekord świata. I pewnie większość znajdujących się na sali chciałoby się znaleźć na starcie tego biegu po raz kolejny i kolejny. Żałować mogą Ci, którzy nie byli z różnych powodów na przepięknej sali kina Kijów, która we rewelacyjny sposób pozwoliła nam, słuchaczom, poczuć klimat intymności tego wydarzenia. Ponieważ jednak tego wieczoru najważniejsza była muzyka więc mogę stwierdzić, że tak perfekcyjnie nagłośnionego koncertu nie słyszałem, a na paru już byłem. Często podczas występów próbuję sobie wyekstrahować każdy z instrumentów czy wokal. I tutaj w każdym momencie i miejscu na sali dało się to zrobić. Do tego pięknie korelowały się ze sobą głosy Łukasza Galla, Sabiny Goduli-Zając oraz Marty Mołodyńskiej-Wheeler. „Goodbye My Earth” wybrzmiał tak monumentalnie, że jeśli po zakończeniu tego utworu miałby się skończyć świat to każdy na tej sali byłby według mnie spełniony. Wykonany dwukrotnie „In the World of Fantasy” szczególnie za drugim razem spowodował, że zobaczyłem oczami wyobraźni obraz powiewającej flagi narodowej na maszcie. Zdałem sobie wtedy po raz pierwszy sprawę w ten weekend, że naprawdę kocham swój kraj między innymi dlatego, że tworzy się w nim dźwięki nietuzinkowe. I szkoda jedynie, że te dźwięki nie wychodzą poza Polskę. A może warto byłoby zacząć promować Millenium najpierw w Europie a później na świecie.

IMG_3091

Zdjęcia z tego koncertu również udało się zarejestrować na moim Canonie. I niebawem ukażą się na stronie. Niestety tutaj muszę napisać, że można było to zorganizować lepiej. Bo musieliśmy uważać na kamery i to oczywiste. Lecz dobrym rozwiązaniem byłoby przesunąć rzędy dla VIP-ów o jeden wyżej i ułatwiłoby to pracę tym kilku osobom, które chciały uwiecznić na zdjęciach ten koncert. Niemniej jednak zdjęcia są i wierzę, że tak zespół jak i publiczność będzie zadowolona z ich jakości.

Drugim wydarzeniem podczas krakowskiego weekendu był występ zespołu Riverside w klubie Studio. Na koncerty polskich gwiazd jeszcze muszę sobie zapracować, aby dostać akredytację tak więc ten koncert obejrzałem i posłuchałem od początku do końca z perspektywy widza. Uprzedzając fakty mogę powiedzieć, że nie żałuję choć trochę czułem niedosyt, że nie mogłem zrobić zdjęć Mariuszowi i spółce.

Na początek dwa zdania na temat supportów. Były to zespoły: polski Lion Shepherd i amerykański The Sixxis. I nic nie słyszałem więc nie wiem jak je ocenić. W sumie to tyle powinienem napisać na ten temat. Człowiek za konsoletą przesadzał ewidentnie z poziomem głośności a akurat nagłaśniał obie kapele. Podczas pierwszego z występów widziałem na własne oczy jak osoba od nagłośnienia zwracała mu uwagę, że poziomy są zbyt duże. Wszystko to co próbowałem usłyszeć to jedna wielka breja, z której nie udało się wyciągnąć zbyt wiele a wydaje mi się, że mogło być bardzo ciekawie.

Duma z bycia Polakiem wypłynęła ze mnie ponownie podczas koncertu gwiazdy wieczoru. Był to mój dopiero lub aż szósty koncert zespołu Riverside i na przestrzeni tego czasu widzę jak bardzo wszystko ewoluowało. Po pierwsze: muzyka to nowa jakość. Tak kompozycje z dopiero co wydanego szóstego krążka grupy zatytułowanego „Love, Fear and Time Machine” jak i wcześniejsze utwory nabrały nowego kolorytu. Do tego jeszcze zachowanie Mariusza Dudy jak to przystało na frontmana jest zupełnie odmienne. Na scenie jest wulkanem energii, do tego żartuje i jeszcze ma świetny kontakt z publicznością. I wydaje mi się, że był jednak trochę zaskoczony frekwencją. A podobno w Studiu zmieściło się w tym dniu ponad 1500 osób. Trzeba przyznać, że wyglądało to imponująco. Cały koncert miał strukturę klamrową bo otwarty i zamknięty został pierwszym i ostatnim utworem z najnowszego LP. Zresztą podczas drugiego z nich Mariusz poprosił zebranych o wyciągnięcie latarek i innych urządzeń emitujących światło. Jak sam stwierdził jest to pomysł innego zespołu lecz u nich to ma sens. Mnie dodatkowo zaimponowały przepiękne wstępy do niektórych utworów, które dodatkowo wzniecały emocje we mnie jak i pozostałych zebranych w Studiu. Setlista była przekrojowa i nie pominęła żadnego z albumów zespołu. Było więc energetyczne „Hyperactive” czy „Feel Like Falling”, bardziej nostalgiczne ”Depth of Self-Delusion” czy przebojowe “Conceiving You” z kosmicznym wstępem z “I Turned You Down”. Nie można jeszcze nie wspomnieć o nowej wersji pierwszego utworu stworzonego przez Brzeg Rzeki czyli „The Same River”. A dokładnie nowego wstępu. Brzmi to teraz bardziej techniczne jak i zresztą pozostałe utwory. Ogólnie całość repertuaru wykonanego podczas tego wieczoru nabrała takiego technicznego kształtu. I nie uważam tego za wadę ale za zaletę. Podobnie jak w przypadku Millenium dźwięk był perfekcyjny. Selektywność każdego z instrumentów pozwoliła na harmonijne połączenie ich wszystkich w idealną całość. Nasz towar eksportowy ponownie przypominał mi jak to dobrze, że urodziłem się w kraju nad Wisłą. I z podniesioną głową patrzę w przyszłość bo należy również wspomnieć, że w ten sam weekend w dwóch innych miejscach Polski odbyły się wspaniałe wydarzenia muzyczne, w których w rolach głównych wystąpili wykonawcy jedynie z naszego kraju. Jak zaprzyjaźnieni redaktorzy donoszą Cochise w Katowicach ponownie roztrzaskało swoimi dźwiękami Katofonię. Zaś w Łodzi na festiwalu „Prog the Night”, na którym wystąpiło 8 rodzimych kapel było tak rewelacyjnie, że ta magia będzie możliwa do powtórzenia dopiero w gniewkowskim Parku Wolności gdzie na początku lipca przyszłego roku odbędzie się jubileuszowy, bo 10 Festiwal Rocka Progresywnego im. Tomka Beksińskiego na który już serdecznie zapraszam. Bo polska frakcja muzyczna jest silna i przezwycięży każdy ustrój a także będzie naszą chlubą po wsze czasy.

P.S. Oczywiście nie zapomniałem o suplemencie. On również jest związany z naszym krajem. W dniu odzyskania Niepodległości zagościłem w Pszczynie gdzie ze swoim koncertem zawitał zwycięzca jednej z edycji „Must be the Music” zespół Besides. Z okazji tego święta koncert miał podtytuł „Wolność”.

IMG_3346

Panowie pochodzący z miejscowości Brzeszcze aktualnie promują swój drugi w karierze krążek o tytule „Everything Is”. W mojej karierze był to trzeci koncert zespołu, który wykonuje muzykę spod znaku post-rocka. I tutaj pojawia się mała retrospekcja. Gdy po raz pierwszy pojawiłem się na ich koncercie była naprawdę garstka osób gdy grali jeszcze jako support dla Tides from Nebula, później był występ w katowickiej Korbie, gdzie nie można było nawet igły wcisnąć bo było tak ciasno. Ale był to koncert przed półfinałem Must be the Music więc wiele osób przyszło aby zobaczyć co zespół prezentuje. Ciekawy byłem jak będzie z frekwencją gdy już dawno opadła mgła po  zaskakującym zwycięstwie w show Polsatu. I nie będę ukrywał zaskoczenia bo w Pszczyńskim Centrum Kultury sala również wypełniona była prawie do ostatniego miejsca. Wzruszenia nie krył jeden z gitarzystów Piotr, któremu łamał się głos podczas przerw gdy zapowiadał utwory lub dziękował za przybycie. A tak naprawdę muzyka mówiła sama za siebie. Utwory z najnowszego albumu prezentują się naprawdę wybornie. Zagrany na początek „Of Joy” czy na bis najlepszy według mnie utwór skomponowany przez Besides – „Of Sorrow” to były najmocniejsze strony tego koncertu. Choć i utwory z poprzedniego albumu nabrały nowego brzmienia. W szczególności zagrany między innymi podczas finału MbtM „Linnet’s Flight” nadal nie przestaje mnie zadziwiać. Te prawie 90 minut raz jeszcze przypomniało jak dumnie jest być Polakiem. I było taką kodą, która była potrzebna aby ten tekst stał się kompletny.

Advertisements

Dodaj komentarz / Add comment

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s