Tides From Nebula (2016) – Safehaven

TidesFromNebulaSaveheavenTides From Nebula to jeden z moich ulubionych zespołów. Powstaje więc pytanie – czy moja recenzja ich nowej płyty może być obiektywna? Pewnie nie może, ale każdy ma jakieś sympatie, a niektóre są tak duże, że o obiektywizm trudno. Tak więc kilka mało obiektywnych słów na temat nowego wydawnictwa Safehaven.

Karierę Tides From Nebula śledzę niemalże od początku, a dokładnie od pierwszego spotkania na żywo w łódzkiej Wytwórni 17 października 2009 roku. Grali wówczas jako jeden z supportów przed Riverside. Już wtedy jeden z moich znajomych powiedział, że nigdy jeszcze nie słyszał tak świetnie grającego na żywo zespołu post-rockowego, który przekazuje ze sceny tyle emocji. Wówczas jeszcze nikt nie przeczuwał, że ich kariera tak się rozwinie, choć byli wówczas po wydaniu swojego debiutu czyli Aury, która zbierała entuzjastyczne opinie. Przy produkcji dwóch następnych krążków zespół skorzystał z usług fachowców wybitnych – Zbigniewa Preisnera (Earthshine) i  Christera Andre Cederberga (Eternal Movement). „Safehaven” to czwarty album w dorobku warszawiaków, który postanowili nagrać, zrealizować i wyprodukować samodzielnie. Myślę, że doświadczenia i nauka, które zebrali dały im tyle pewności, że poczuli, że sami skutecznie stawią czoło wyzwaniu i oddadzą w ręce fanów produkt równie dobry, a może nawet lepszy niż poprzednie albumy. Czy to im się udało? Każdy oceni to własną miarką, ale ja twierdzę, że tych, którzy stwierdzą, że zadanie ich przerosło, będzie bardzo niewielu.

Album rozpoczyna kompozycja tytułowa, niby delikatnie i spokojnie, raczej bez zaskoczenia, choć najpierw klawisze, a dopiero później przewodzą gitary. Po minucie tego błogiego stanu pojawia się coś, czego do tej pory na płytach TFN nie słyszeliśmy – głos, i to głos kobiety. Subtelny wokal Izabeli Komoszyńskiej wplata się delikatnie między dźwięki gitar i klawiszy. Jest ciepło i bezpiecznie, tak jak powinno być w „bezpiecznej przystani”. Na moment wkrada się jednak coś, jakby poryw wiatru, przy czerniejącym niebie, jak przed burzą. Trwa to jednak chwilę, bo słońce znów się przebija przez chmury i otula nas ciepłymi promieniami, jest dobrze…

Skoro już poczuliśmy się komfortowo, to czas chwycić byka za rogi. Kolejny utwór Knees To The Earth niemalże od samego początku wylewa nam na głowę wodospad dźwięków. Ruszamy w przestrzeń z ogromną szybkością, nie obawiając się niczego. Wiatr rozwiewa nam włosy, czujemy radość i to podniecenie, kiedy balansujemy na granicy bezpieczeństwa. All The Steps I’ve Made to ukojenie po szaleńczej przejażdżce. Wygodnie rozsiadamy się w fotelu i odpoczywamy. A dźwięki otulają nas ciepłym kocem i za chwilę znów będziemy gotowi na wszystko, bo nie stanie się nam nic złego, mamy taką pewność.

Mógłbym każdy utwór opisać stanem mojego umysłu, emocjami i obrazami z mojej wyobraźni, ale są to tylko moje odczucia. Wcale nie jestem pewien, czy słuchając Safehaven po raz kolejny będę czuł to samo. Pewne jest tylko to, że ilekroć ta muzyka będzie do mnie docierała, będzie wzbudzała ogromne emocje. Właśnie – emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Maciej,  Adam , Tomek i Przemek są absolutnymi mistrzami w budowaniu klimatu i wywoływaniu emocji, które udzielają mi się za każdym razem, kiedy ich płyta wędruje do odtwarzacza. Co więcej, nie mogę tej muzyki słuchać, nie poświęcając jej swojej uwagi w całości. Jest absolutnie zaborcza i absorbująca wszelkie mojej zmysły, choć to tylko dźwięk.

Kompozycje na Safehaven są jak zwykle w przypadku TFN bardzo zróżnicowane, mamy akcenty mocniejsze jak Knees To The Earth czy Traversing, jak i spokojniejsze – czyli utwór tytułowy,  a także Color Of Glow i zamykający płytę Home, w których nie gonimy, a więcej odpoczywamy. Poza tym prawie każdy numer ma tak bogatą dynamikę, że nie pozwala nam ani stracić tchu, ani zbyt długo odpoczywać. Spodziewam się, że na koncertach Traversing i Home będą absolutnymi killerami.

W wypowiedziach przed premierą muzycy Tides From Nebula wspominali, że proces tworzenia materiału przebiegał gładko i spontanicznie, podobnie jak przy debiutanckim krążku Aura. Myślę, że Safehaven ma dużo wspólnego z pierwszą płytą. Odbieram go w podobny sposób, ale nie uważam, że zespół się cofnął, wręcz przeciwnie – poszukał najlepszych, najszczerszych dźwięków, bez niepotrzebnych kombinacji brzmieniowo-stylistycznych, co spowodowało, że muzyka jest  świeża i mocniej do nas trafia. Pokuszę się o stwierdzenie (może zbyt śmiałe), że gdyby kompozycje z debiutu miały znaleźć się na nowej płycie, zabrzmiałyby podobnie jak to, co dostajemy na Safehaven czyli doskonałe post-rockowe gitarowe granie, wzbogacone dźwiękami klawiszy, które świetnie uzupełniają tło. Mnie osobiście zespół swoją czwartą płytą dał tyle samo emocji, co Aurą, którą uważałem do tej pory za coś, co trudno będzie zespołowi przebić. Podobne emocje i podobna energia.

Czujemy, że słychać, że nie jesteśmy już debiutantami – te słowa muzyków w obliczu tak świetnego materiału, brzmią jak kokieteria lub przesadzona skromność. Album jest porywający i z pewnością stanowi kolejny krok do przodu w rozwoju Tides From Nebula. Szkoda tylko, że na polską trasę promującą krążek będziemy musieli poczekać, aż do listopada. Trudno, dajmy jednak szansę odbiorcom za granicą przekonać się jak świetną płytą jest Safehaven i jak niezapomniane wrażenia pozostawia w pamięci koncert Tides From Nebula.

Tomasz Michel

Advertisements

Dodaj komentarz / Add comment

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s